Social, czy no-social

Media społecznościowe wkroczyły w nasze życie i w niemałym stopniu niemal nim zawładnęły. Praktycznie wszędzie możemy zobaczyć osoby, które w autobusie, na przystanku, w urzędzie, a nawet w drodze wpatrują się w ekran telefonu komórkowego, na którym wyświetlana jest aplikacja Facebooka, Twittera, YouTuba, czy What’s up. Nie tylko przyzwyczailiśmy się do takiej sytuacji, ale działaniami marketingowymi wręcz wzmacniamy je, zachęcając często do dzielenia się informacjami, robienia zdjęć, czy do meldowania się.

Ostatnio miałam okazję być w Amsterdamie. Mam wrażenie, że dotąd w żadnym innym mieście europejskim nie spotkałam się z taką dostępnością darmowego wi-fi. Oferuje je większość atrakcji turystycznych (z odwiedzonych przeze mnie wyjątkiem był tylko Dom Rembrandta), restauracji i barów. Nawet na łódce, przed wypłynięciem na rejs, mieliśmy udostępniony internet. W wielu miejscach turyści i odwiedzający są zachęcani do robienia sobie zdjęć. Np. w muzeum Van Gogha obrazów nie wolno fotografować, ale są specjalne miejsca, z wymalowanymi na ścianach kopiami, które wręcz zachęcają do dzielenia się w mediach społecznościowych i… są bardzo popularne – do kopii autoportretu artysty stała spora kolejka. W innych miejscach za zameldowanie się lub ściągnięcie na miejscu oficjalnej aplikacji można otrzymać dodatkowe gadżety, dodatkowe zdjęcia, czy filmy przesłane na komórkę, a Heineken Experience przygotował sporą ilość specjalnych foto- i filmobudek, których efekty są wręcz stworzone do wklejania na Facebooka, czy Snapa (bo jak się nie pochwalić pucharem z mistrzostw w piłce nożnej ;))

Powyższe działania znamy chyba wszyscy – czasem im ulegamy, czasem nie, ale traktujemy je jako coś zupełnie normalnego, wręcz oczekiwanego. Dlatego dla wielu osób dużym zaskoczeniem w tym roku stały się dwie imprezy – Paris Fashion Week i amerykański ComicCon, gdzie wprowadzono zakaz używania mediów społecznościowych jako transmisji online. Szczególnie podczas CC wzbudziło to niemal sensację (grupa odbiorców to w niemałej części młodzi ludzie, dla których media społecznościowe to stały kanał rozmów z przyjaciółmi i tworzenia swojego wizerunku). Nie można się chwalić, że jestem na konferencji ukochanej gwiazdy? Nie mogę wrzucić zdjęcia z nią od razu w swoje kanały? Co więcej – nie mogę nikomu przez cały weekend pokazać obejrzanych trailerów? Decyzja wzbudzała sprzeciw nie tylko na samym ComicConie, ale także poza nim – było to znacznie ograniczenie współuczestnictwa, które dotąd było czymś naturalnym. Niektórzy pisali wręcz, że to jak ograniczenie praw (szczególnie, że na części konferencji nie tylko nie wolno było używać internetu, ale nie wolno było także robić zdjęć).

Mimo, że nie miałam okazji być na żadnej z powyższych imprez, próbowałam dotrzeć do motywów tej decyzji. Okazały się nimi być przede wszystkim dwie kwestie:

  • Pewna ekskluzywność imprezy (obie były płatne i to sporo, a umożliwienie niemal stałej transmisji sprawia, że wydanie pieniędzy na bilety wstępu dla niektórych staje się mniej wartościowe). Nie jestem do końca o tym przekonana, bo zobaczenie pokazów mody na żywo, a na ekranie, czy też możliwość zadania pytania reżyserowi ukochanego filmu, a oglądanie tego tylko na ekranie stanowi przepaść. Ale niewątpliwie – im mniejsza jest dostępność, tym łatwiej zachować charakter imprezy.
  • Dążenie do panowania nad komunikacją imprezy. I tu trudno się nie zgodzić – media społecznościowe sprawiły, że wysyłane w świat komunikaty żyją swoim życiem, często są nacechowane różnymi emocjami, co sprawia, że łatwo mogą zrodzić plotki. Przy imprezach o takiej randze i wielkości jak ComicCon łatwo mi zrozumieć dlaczego organizatorzy nie chcieli co chwila gasić pożarów. I to niekoniecznie tych, którym sami zawinili, ale także związanych z drobnymi nieporozumieniami, czy wyciekami informacji (na CC często prezentowane są materiały, które w kinach, telewizji, czy sieci znajdą się za tydzień, bądź dwa).

Trudno mi powiedzieć, czy no-social stanie się standardem na dużych, płatnych imprezach. Niemniej w tym roku pojawiły się jaskółki, które pokazują, że nie każdemu zależy na dużej ilości wzmianek w mediach społecznościowych, że mając określoną pozycję, można ją nawet wzmacniać poprzez ograniczenie i silne skanalizowanie przezywanych informacji. Choć niewątpliwie – nie każdy się na to odważy.

Na koniec – przykład „no-social” z lotniska z Hamburgu. W niedzielę zdarzyła się tam awaria systemu bezpieczeństwa. Ludzie utknęli w długich kolejkach, a uzyskanie jakiejkolwiek informacji graniczyło z cudem (nawet ochrona lotniska odpowiadała, że nie wiedzą co się dzieje, co było mało wiarygodne i dziwne). Krótko po rozpoczęciu awarii zostały wyłączone wszystkie punkty dostępu do wi-fi. Zarówno te płatne, jak i bezpłatne. Drastycznie ograniczyło to komentarze w mediach społecznościowych (na lotnisku było wielu obcokrajowców, a internet w roamingu nadal nie jest tani). Tylko w tym wypadku – zamiast ograniczeń, lepiej było dać oczekującym spójną informację. Nie trzeba byłoby wówczas stosować tego typu zapory przeciw potencjalnemu kryzysowi…

Anna Watza, Managing Partner, Planet PR

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Reklamy
%d blogerów lubi to: